goldtoothZastanawiający jest pewien fenomen. Żyjemy w nowoczesnym państwie, podążającym za wieloma standardami przyjętymi w krajach wysoko rozwiniętych. Bratamy się z nimi poprzez usilne starania by nas przyjęto do wspólnoty oraz dumnie wypinamy pierś z wypisanymi na czole ambicjami i żądaniem traktowania jako partnera.

Żyjemy też niewątpliwie w państwie prawa. Prawa, stojącego na straży między innymi zdrowia i życia ludzkiego, naszej godności i naszego bezpieczeńswa.

Jednocześnie zakazane jest naturalnie to co jest złe: oszustwo, umyślne bądź nieumyślne (ale za to bezmyślne) szkodzenie bliźniemu, matactwo oraz handel towarami bądź usługami, które nasz prawodawca uznał z różnych przyczyn za nieodpowiednie. To ostatnie można najpewniej rozumieć na przykład jako obrót tym wszystkim, co sprzeczne z interesem publicznym bądź szkodliwe społecznie.

Jednymi z wartości nadrzędnych, co podkreśla ustawa zasadnicza naszego państwa, są życie i zdrowie człowieka i obywatela. W imię dumnej i pieczołowitej ochrony tych wartości mamy szereg ustaw i rozporządzeń regulujących między innymi jak nas traktować, leczyć, co nam wolno aplikować, a czego nie wolno. Posiadający odpowiednie zezwolenia i certyfikaty jakości producenci leków muszą przejść przez biurokratyczną drogę cierniową by móc udostępnić nowy lek - w wypadku chorych onkologicznie bywa to i lek mogący mieć kluczowe znaczenie dla możliwości przedłużenia pacjentom życia.

Zapewne ograniczenia te nie wzięły się znikąd - niech więc są! I strzegą nas przed tym, co nie do końca sprawdzone, skontrolowane i nie przypieczątkowane. Jesteśmy bezpieczni. Czy aby na pewno?...

Okazuje się, że wystarczy zachorować na raka, bądź stać się bliskim osoby, która zachorowała i po usłyszeniu diagnozy, czy pierwszych przejściach związanych z leczeniem, stać się w tej szczególnej sytuacji życiowej nieco zagubionym (a o to niestety nietrudno) - by cywilizowany świat zamienił się w dżunglę.

zdjęcie Magdaleny KreczkowskiejDżungla rządzi się swoimi własnymi prawami. Brak tu państwa prawa, które karze za to wszystko, za co świat (poza dżunglą) jest karany. Można oszukiwać, wyłudzać, wprowadzać w błąd - można wreszcie bezkarnie wezwać ofiarę do samookaleczenia i samodzielnego zainicjowania we własnym ciele infekcji. Same rytuały pojenia chorych podejrzanymi cieczami bądź propagowania czynności związanych z aktywnym eksploatowaniem otworu we własnym ciele (czy to otworu fizjologicznego, czy też własnoręcznie wydłubanego) z pewnością mogą niepokoić. Jednak zdumiewa prawdziwie fakt, iż dzieje się to na oczach 'konstytucyjnego strażnika', który będąc tak twórczy i czujny zazwyczaj - dżungli zdaje się nie dostrzegać.

Propozycję 'uleczenia' za pomocą prądów, soków, lewatyw z kawy, wyczerpujących diet czy też przecięcia nożem łydki i wepchnięcia tam ziarenka warzywnego można otrzymać wszędzie. Na schodach centrum onkologii również. Za własną wycieraczką samochodową, u sąsiadki, w sklepie, ale przede wszystkim w internecie.

I nie są to niestety chyłkiem umieszczane ogłoszenia. 'Uzdrowiciele' mają swoje szumnie wypromowane witryny, na których oficjalnie prezentują swój produkt, listę 'dowodów' na jego skuteczność i - niejednokrotnie - cennik. Wyraźnie również kierują swą ofertę do odbiorców zmagających się z chorobą nowotworową, wśród których o łup nietrudno. Rozpacz i uczucie bezsilności są bowiem jak rodzice dla deperackich ruchów i posunięć.

Leczenie onkologiczne jest bardzo specyficzne. Wiąże się ono często z całym szeregiem powikłań, które dodatkowo pogłębiają zwątpienie i stany depresyjne u chorego, a niejednokrotnie i u jego najbliższych. Ogromnym i niedocenianym problemem okazuje się fakt braku odpowiednich relacji na linii pacjent-lekarz, które z różnych przyczyn są w polskiej rzeczywistości trudne do nawiązania.

Chory onkologicznie, który nie pojmuje właściwie istoty terapii i który czuje się w kontakcie ze swym lekarzem traktowany przedmiotowo - jest wyjątkowo podatny na wszelkie sugestie, które pojawiają się w kolorowym, przyjemnym i kurtuazyjnym wręcz opakowaniu. Opakowanie na dodatek najwyraźniej z papieru nie jest, bo jest więcej niż cierpliwe: znosi wszelkie wahania, nastroje i wciąż jest w pobliżu - raz namierzona ofiara musi zostać skonsumowana.

Dyskusji i dyskusyjek, recept oraz zdjęć z instrukcją jak 'oczyścić organizm' jest w tak zwanej sieci bez liku. Brak za to głosów, które uzasadnią i wytłumaczą cierpliwie, że lewatywy z kawy mogą być przyczyną perforacji jelita, że rana wydrążona własnoręcznie w nodze jest źródłem zakażenia i może się to zakończyć po prostu amputacją.

Pewnie! - jak się włączymy do dyskusji, to pieniacze nas zakrzyczą i zagubionych tam duszyczek i tak nie zbawimy, jednak trzeba mieć tę świadomość, że na daną witrynę trafą tysiące - nie dyskutantów, a wyłącznie czytających. Wśród nich wielu ulegnie atmosferze 'oczywistej i jedynej prawdy' blokowania przez bogate koncerny możliwości leczenia nowotworów metodami naturalnymi, które - co przecież jest jasne - z powodzeniem i bez ponoszenia dodatkowych kosztów zdrowotnych unieszkodliwiają raka.

Metoda stworzenia wizji "spisku" rzecz jasna działa, jak i za pradawnych, dawnych bądź stalinowskich czasów; znakomicie odwraca uwagę (by uniknąć niewygodnych pytań) i po programowym zrobieniu kolejnej ofiarze przysłowiowej wody z mózgu - przeciąga ją do 'właściwego obozu'.
Taka wciąż powiększająca swe szeregi grupa jest o tyle zjadliwie napalona i niebezpieczna, że w przeważającej większości nie składa się z członków, a z wyznawców. Nietrudno dostrzec, iż znacząca część owieczek w tym stadzie wierzy głęboko w swój rytuał czy też produkt.

Gdzieś tam, na szczycie piramidy, pobrzękując złotą bransoletą i połyskując złoconym zębem zasiada na skórzanym tronie "mózg". I to bynajmniej nie wyprany. To ten, który steruje praniem. Napisał program wprost genialny: zgodny z prawem, skierowany do odbiorców, których nietrudno pozyskać i werbujący ich w taki sposób, by pracowali dla niego nie dla pieniędzy, ale dlatego, że wierzą i nienawidzą.
To czyni z nich lojalnych ślepców i.. znacznie ogranicza koszty. A końcowy efekt radośnie pobrzękuje na pękatym koncie bankowym. Nie ich koncie rzecz jasna.

Rachunek jednak wciąż się nie zgadza - wiadomo przecież, że ktoś musi płacić by zyskać mógł ktoś. Złotniki więc wysupłuje 'konstytucyjny skarbnik' pokrywając wysokie koszty leczenia tych, których wyssano, przeżuto i teraz szukają pomocy.

Spóźnili się jednak na najważniejszy w swym życiu zabieg. 'Skarbnikowi' zaś pozostało płacić za złożone z różnorakich terapii leczenie paliatywne i liczne hospitalizacje.

Rachunek się wyrównał. Czyżby?.. Nie, chyba nie. Bo jak wycenić życie ludzkie, które zgasło choć nie musiało?..


'Strażniku', strzeż swoje stadko i nie pozwól, by je na Twych oczach okradano i zarzynano. Strzeż też sakiewki niejakiego 'skarbnika', bo ubywa tam, gdzie mogłoby zostać.

I dbaj o naszą godność, bo tam - za miedzą - wytykają nas palcami...

 

 


M.Kręczkowska

 
Fundacja Onkologiczna DSS

z siedzibą we Wrocławiu
ul. Legnicka 76

Adres do korespondencji:
54-060 Wrocław, ul. Górecka 99B
email 36 36 fundacja@fundacja-onkologiczna.pl
KRS: 0000499246   REGON: 022407411
NIP: 8943054114

Rachunek bankowy:
71 1940 1076 3131 0619 0000 0000